BDSM według M&O

Piękno uległości

odkłamując 24/7 cz.1 czyli “ciemna strona mocy” :)

    

   24/7… Brzmi poważnie. Brzmi groźnie. Brzmi bardzo często wręcz przerażająco.

   Ile osób nie spytać tyle można by otrzymać wizji lub wyobrażeń 24/7. I każda z tych wersji będzie poprawna. Poniekąd. W pewnym sensie lub w pewnych kwestiach. Wszystko zależeć będzie od tego na jakich stereotypach 24/7 bazować będzie dana osoba lub z jakimi stereotypami miała okazje zetknąć się do tej pory. Każdy ma swoje BDSM. Każdy ma swoją wizję BDSM a tym samym każdy ma swoją wizję 24/7. I każdy może mieć w tej kwestii racje a jednocześnie się mylić. Problemem podstawowym może być bowiem punkt patrzenia….   albo siedzenia  ;-)

    24/7… 24 godziny na dobę… 7 dni w tygodniu… W tej kwestii nie ma raczej wątpliwości ani niedomówień choć ta “oczywistość” też jest często tylko złudzeniem. A co dalej? Ile tego dalej i jakie ma być to dalej zależeć będzie bezpośrednio od tego czy rozpatrywać będziemy to pod kątem kontraktu czy może raczej pod kątem relacji albo nawet związku. Sam kontrakt nie musi być stricte kontraktem niewolniczym. Relacji mniej lub bardziej opartych na D/U jest bez liku. Każdy zaś związek dwojga ludzi, zwłaszcza gdy w grę wchodzi uczucie z założenia przynajmniej jest związkiem 24/7 a przynajmniej tak większość do tego podchodzi. I to również ta “normalna” część, wykazując się przy tym jakże często zaborczością i zazdrością a zakładane partnerowi/partnerce kajdany choć niewidoczne ranić mogą bardziej niż te prawdziwe. Małżeństwo zaś jest w pewnym sensie swoistym kontraktem choć oczywiście nikt tego wprost nie przyznaje. Kontraktem z założenia bezterminowym czy może raczej terminowym do “aż śmierć nas nie rozłączy”. Dla wielu zamieniającym się prędzej czy później w więzienie przy którym klatka niewolnicy wydaję się wręcz rajem.

   Dla większości z nas chęć bycia zamkniętym/zamkniętą choćby i w złotej klatce czy uwięzienie w innej formie wydaję się cokolwiek ekstremalne. Są jednak kobiety dla których będzie to niespełnionym marzeniem choć niejednemu nasuwa się nieodparcie pytanie ile w tym jest uległości i chęci służenia swojemu Panu jak za dawnych czy też raczej za bardzo dawnych czasów. Na ile jest to sposób na życie a na ile ucieczka przed życiem i koniecznością podejmowania decyzji. Sama wizja pozbycia się konieczności podejmowania decyzji i scedowania tego jak i odpowiedzialności na drugą osobę ma oczywiście swój urok i poniekąd leży u podstaw uległości, nie musząc być też w najmniejszym nawet stopniu przejawem życiowej niezaradności. Do zafundowania tego wcale nie potrzeba jednak klatki, dyb. podziemi itd i wbrew stereotypom dużo łatwiej trafić na to tam gdzie najmniej byśmy się tego spodziewali.

   Prawda jest taka, że totalne zniewolenie bardzo szybko mogłoby się negatywnie odbić na psychice osoby temu poddanej, Człowiek z natury jest zwierzęciem stadnym i chociaż czasami trzeba a nawet i warto odciąć się od tego zwariowanego świata to tylko okresowe odcięcie się od niego nie wywoła negatywnych skutków o czym zdaje sobie sprawę nawet średnio inteligentny dominujący. I choć miałem okazję poznać kilku pasjonatów specjalizujących się w bardzo tradycyjnym niewolnictwie to wielu wręcz zaskoczyły by ich starania aby dostarczyć swojej niewolnicy bodźców i atrakcji i to bynajmniej nie czysto seksualnych. Z dniem wolnym, wychodnym i wizytami w spa włącznie :)

   Zniewolenie totalne tak często kojarzone z 24/7 bardzo często ma niewiele z nim wspólnego albo i jeszcze mniej. Najczęściej ma ono wymiar weekendowy lub w ostateczności tygodniowy i dużo częściej bywa dodatkiem do relacji 24/7 niż kwintesencją takowej. Pomijając już wspomniany aspekt zdrowia psychicznego i to obu stron mało kogo stać na utrzymanie pełnoetatowej niewolnicy czy niewolnika a Grey’owie tego świata zainteresowani są głównie pomnażaniem swojego majątku i za wyjątkiem może arabskich szejków będą woleli kolejne Ferrari niż niewolnice.

   Co prawda, zgodnie z wielowiekową tradycją niewolnica ma dostarczać swemu Panu nie tylko przyjemności ale i dla niego pracować. O ile jednak bez większych oporów zajmie się dzisiejsza niewolnica dbaniem o dom a znaleźć można i takie, którym wręcz marzy się ciężka praca fizyczna na farmie (koniecznie!) a nawet i w “kamieniołomach” i to koniecznie (!!!) z batem nie tylko nad nimi wiszącym ale i często używanym… i o ile dla swego Pana i Władcy gotowa być może na bycie sprzedawaną innym lub do grania w porno… o tyle znalezienie takiej która po prostu poszłaby do pracy zakrawa wręcz na cud? :)

 

gorrrrrrrrrrrrrrrrąc… :)

 

Odzwyczaiłem się co prawda od tego problemu co nie znaczy, że zapomniałem do jakiej desperacji może doprowadzić człowieka obezwładniający wręcz upał :)

 

 

Pamiętam również, że wystarczy odrobina kreatywności aby stan klęski żywiołowej zamienić w niepowtarzalną okazję do pójścia na żywioł :)

 

 

               

 

 

 

 

 

 

 

 

 

mniej odważnym lub nie mogącym sobie akurat pozwolić na wyskok w plener zawsze pozostaje “zadowolenie się” atrakcjami jakie może dostarczyć domowe zacisze

 

  

 

 

 

 

 

   

 

 

 

 

 

 

 

 

 

byle by tylko nie przedobrzyć i zamiast miłej i rozkosznej ochłody nie doprowadzić do jeszcze większego rozgrzania :D

 

 

z innej perspektywy…

  

   Jak słusznie zwrócono mi uwagę, z tym dumnym wypinaniem piersi to może być spory problem. Bynajmniej nie z powodu braku takowych, kompleksów czy braku chęci. Może to być po prostu fizycznie niewykonalne z równie dumnie wypiętą dupcią :)

   

   Atrakcyjność tegoż docenią nie tylko zwolennicy i zwolenniczki spankingu. Dla wielu facetów postrzeganie kobiety “od dupy strony” podciąga się wręcz pod fetysz. Złośliwcy twierdzić będą, że z takiej perspektywy a szczególnie z wypiętą dupcią, każda kobieta momentalnie zyskuje na wdzięku / apetyczności / atrakcyjności (jak komu pasuje). Koneser powie zaś, że jest to jeden z najpiękniejszych widoków na świecie i można wręcz zapomnieć  i się i o pozostałych kobiecych cudownościach.

   Dla sporej liczby mężczyzn będzie to też przy okazji swoisty test kobiecej atrakcyjności. Rozłożyć przed facetem nogi może “pierwsza lepsza” i do tego będąc święcie przekonaną, że jest to szczyt wyuzdania i seksualnej atrakcyjności.  “Danie dupy” tylko z pozoru jest równie proste i oczywiste. Tu nawet ważniejsze niż w przypadku piersi jest nie to co podajesz to JAK to podajesz. Ba. Rzekłbym nawet , że jest to wręcz SZALENIE ważne :)

 

  

   W każdym szaleństwie tkwi metoda. Warto więc przyswoić sobie tą metodę aby szaleństwo tkwiło w Tobie jak najczęściej i jak najkonkretniej :)

   Nawet kobiety kompletnie nie zainteresowane klimatem powinny o tym pamiętać. Tak dla własnego dobra bo im łatwiej złapać faceta tym trudniej go przy sobie utrzymać… jak i dla swojej własnej rozkoszy również. To co na pierwszy rzut oka może się wydać tylko męską fanaberią ma dużo głębszy sens. W dosłownym tego słowa znaczeniu. Przynajmniej jeśli chodzi o głębokość. Wnikania  :D

   Wykonane w odpowiednim tempie rozpali do czerwoności każdego faceta choć lojalnie ostrzegam, że może to skończyć się “gwałtem” :)

   Albo laniem. Tak wypięta dupcia wprost prosi się o parę klapsów. Albo i o coś więcej i konkretniej. Przy czym w takim jej ułożeniu spadną one dokładnie tam gdzie odnieść mogą najbardziej pożądany skutek… i tylko tam o ile tylko ręka nie zadrży na tak pięknie i kusząco wyeksponowaną cipkę. Tak kusząco rozwartą na zewnątrz a tak dodatkowo w tej pozycji zaciśniętą w środku. Pachnącą i mokrą… JEGO…

 

  

   I chociaż przyznaje bez bicia, że mam niewątpliwą słabość do (nie)grzecznie wypiętej dupci i odpowiedniego jej potraktowania to jednak nie jest to mój fetysz i nie odpuszczę sobie rozkoszy delektowania się pięknie i dumnie wypiętą piersią. Z całą pewnością uważam to jednak za jeden z najpiękniejszych widoków na świecie :)

   I osobiście żal mi tych, którzy będą w tym widzieć tylko gołą dupę. Tak tych tym widokiem podnieconych jak i tych tym widokiem zgorszonych.

 

przepraszam… ja w sprawie cyca

 

   Coraz częściej można odnieść wrażenie, że to kobiety mają większą obsesję na punkcie dużego biustu niż faceci. Większości kobiet ich biust zdecydowanie nie dorasta do “ich” ideału kobiecych kształtów wpędzając je tym samym w większe lub mniejsze kompleksy lub w łapska chirurgów plastycznych. Inna sprawa, że tak w tym jak i każdym innym aspekcie swojej urody bardzo rzadko trafiają się kobiety potrafiące z przymrożeniem oka podchodzić do siebie samych i swoich mniej lub bardziej wyimaginowanych braków bądź niedoskonałości. Tyleż wyimaginowanych co wykreowanych przez lansowany obecnie ideał kobiecego piękna rodem… w sumie to cholera wie skąd :D

   Nie przeczę… jędrny duży biust to coś na co aż ślinka cieknie i oczywiście są faceci będący zdeklarowanymi zwolennikami i koneserami dużych rozmiarów lecz najbardziej “cycami” ekscytują się Ci, którzy nie mogą liczyć na żadne kobiece krągłości i znający je tylko z pornosów gdzie tylko w niewielkim stopniu łatwiej trafić na naturalny kobiecy biust niż na dziewice a większość cipek chirurgicznie poprzycinano na jedną modę. Zanim więc zaczniesz się zamartwiać i myśleć o powiększeniu piersi bo Twoje kształtem lub rozmiarem nie podobają się Twojemu facetowi najpierw upewnij się czy nie jest on do tego stopnia uzależniony od pornografii, że przestało go podniecać naturalne piękno tego czym obdarzyła Ciebie natura :)

   Według wielu przeprowadzanych w tym temacie sondaży, większość facetów i tak preferuje biust średni czy wręcz niewielki. Ot taki dobrze leżący w dłoni. Jest coś infantylnego i dziewczęcego w “jędrnych cycuszkach” co kręci wielu facetów i chociaż brzmi to może absurdalnie ale duży biust postarza kobietę w nie jednych oczach. Choćby tych szukających w niej swojej małej dziewczynki ? :)

   Tak czy siak… bez względu na ich rozmiar, kształt czy wielkość i tak większość facetów podejdzie do nich jak do dania w wykwintnej restauracji. Nie licząc tych nie widzących świata poza pornomacdonaldem oczywiście. Z menu wybieramy sobie brunetkę, rudą lub blondynkę… białą, Azjatkę lub murzynkę w zależności jakie mięsko preferujemy i robimy to bez większego zastanowienia i pomijając zazwyczaj walory smakowe, najważniejszym zaś będzie dla nad SPOSÓB PODANIA.DANIA.. W tym i “cycków” :D

   Duże.. małe.. średnie… nie ma to większego znaczenia lub przestaje to mieć znaczenie w momencie gdy czujemy ze są nasze. MOJE!!!

   Więc wypnij dumnie pierś kobieto bez względu na to czym Ciebie tam natura obdarzyła aby Twój facet… Twój Pan widział w nich, w ich falowaniu wywołanym Twoim przyśpieszonym oddechem jak bardzo jesteś jego. Bez względu na ich rozmiar i bez względu na to co Ty sama myślisz na ich temat są one Twoją ozdobą i Twoim darem dla niego. Są jego własnością na równi z tym jak Ty do niego należysz. Nie daj mu więc co do tego najmniejszych nawet wątpliwości. Ma widzieć, słyszeć i czuć jak bardzo są jego.

   To Ciebie wybrał. Taką jaka jesteś. Z tym co masz. I z tym jakie to masz. Taką Ciebie pragnie i taką pożąda. W twoich rękach (i cyckach) aby czuł, że nigdzie nie znajdzie równie pięknych i równie mu oddanych. Aby nigdy nie zapominał, że najlepsze i najpiękniejsze piersi to te, które mu ofiarowujesz i które czują się jego i nic innego nie ma dla nich znaczenia. Jeśli tego nie doceni i odpowiednio nie nagrodzi odpowiednim ich potraktowaniem to znaczy, że szukał cycków a nie kobiety która jest za nimi.

   I chociaż większy biust niewątpliwie daje większe pole do popisu to bardzo często tylko w dosłownym tego słowa znaczeniu. Wbrew obiegowym opiniom duże piersi wcale nie są mniej wrażliwe na ból i nie znaczy to bynajmniej, że można sobie pozwolić na dużo więcej. Mniejsze piersi mogą wykluczać pewne rodzaje ich wykorzystania i nie ma co do tego najmniejszych nawet wątpliwości, że o niektórych formach torturek można z góry zapomnieć to jednak przy ambitnym i pomysłowym Panu nawet właścicielka “wklęsłej jedynki” nie może czuć się bezpieczna :D

 

dawno nie kusiłem :)

 

Gdy jedne emocje zaczynają opadać na ich miejsce pojawiają się inne… dla wielu nawet o wiele ważniejsze…

gdy opadną sznury…

 

  

 

 

 

 

 

 

 

gdy już ostatni klaps spadnie na dupcie…

 

    

 

 

 

 

 

 

 

gdy z ust wyrwie się już ostatni jęk rozkoszy…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

dwa słowa mogą zmienić WSZYSTKO…

 

 

AFTER CARE

 

telefoniczna smycz

   Co raz więcej osób nie wyobraża sobie życia bez smartfona pod ręką. Dla co raz większej liczby ludzi nie ma życia bez smartfona pod ręką. Stał się niezastąpiony… wszechobecny… i aż dziw bierze, że tak późno wpadli na to producenci gadżetów erotycznych :)

   Powoli zaczyna ulegać to zmianie i choć jeszcze nieśmiało to zaczyna pojawiać się co raz więcej zabawek “z telefonem w tle”.

   Zaczęło się już niby kilka lat temu gdy pojawiły się pierwsze zabawki reagujące na przychodzące SMS y bądź wibrujące wraz z telefonem gdy ktoś dzwoni. Reagujące gdy ktokolwiek dzwonił lub do nas pisał… albo i nie do nas bo zabawkę aktywował każdy działający telefon w najbliższym otoczeniu… Stanowiło to niewątpliwie dodatkowe wyzwanie albo wręcz główną zaletę. I wadę jednocześnie gdy chciało się należeć dla tego jedynego i aby to tylko On miał kontrolę i możliwość przypomnienia o sobie w dość dogłębnie wibrującym stylu…

   Powoli acz nieuchronnie zaczęło wygrywać ukierunkowanie aczkolwiek kolejne modele dedykowano parom chcącym bawić się na odległość wspólnie i jednocześnie. Cyberseks dla par pozostających w oddaleniu gdy akcja rodzi reakcje co w założeniu miało dać odczucie przeżywania tego wspólnie i jednocześnie choć niestety na odległość.

   Połączenie tych wcześniejszych pomysłów z modą na Grey’a musiało w końcu zaowocować modelem mającym w założeniu służyć do kontrolowania doznań kobiety na odległość za pomocą smartfona, odpowiedniej aplikacji i współpracującego z tym stymulatora i nim się obejrzymy będziemy mieli jak nic szeroką gamę wszelakiego rodzaju dodatków do wykorzystania w mniej lub bardziej przyjemny dla tej która zapragnie być tak oddaną swemu Panu. Lub zechce wykorzystać to sama jako swoisty rodzaj budzika :)

   Nie powiem… kuszące móc tak rozwibrować swoją Uległą gdy tylko przyjdzie nam na to ochota… sprawić aby przeżywała rozkosz lub doświadczyć ja bólem. Ale czy ma to sens, czy jest to bezpieczne dla Was…cóż sami musicie osądzić.

 

na rozgrzewkę…

 

   

   I wszystko pięknie… i wszystko jasne… i tak każdy widzi to co chce widzieć… facet to o krzykach, jękach i “sukowatości” a kobieta to o szacunku i przytulaniu. Typowa rozbieżność potrzeb i pragnień? Chyba nie do końca jednak.

   Świadomość seksualna w naszym kraju jest jaka jest a często w ogóle jej nie ma. Lawiruje pomiędzy prokreacją gdzie przyjemność jest grzechem a pornografią gdzie przyjemność i rozkosz zamienia się w wypadek przy pracy. Do tego piękny “dar” feministek w postaci pogoni za orgazmem który się kobiecie należy.

   Nic więc dziwnego, że wiele kobiet nadal podchodzi do seksu jak do obowiązku lub zgoła traktują to i zarazem swoje ciało jako taryfę przetargową wprost lub pośrednio uciekając się do szantażu. To co w założeniu powinno zbliżać partnerów sprowadza się częściej do głównego powodu frustracji, niezadowolenia, niedocenienia i konfliktów. Zdrad i rozwodów.

   Aby to się zmieniło musi się jednak zmienić nasza samoświadomość i nasze postrzeganie seksualności. Musi się zmienić nasza świadomość i tego , że tak jak w przypadku faceta samo wyciągnięcie fiuta nie czyni go seks ogierem tak i samo rozłożenie nóg czy wypięcie dupci nie czyni z kobiety seks-bomby. W obu przypadkach trzeba czegoś więcej aby sobie na takie miano zasłużyć. I bynajmniej nie chodzi mi o akrobatyczno-wokalne umiejętności rodem z pornosów.

 

gołym okiem… męskim oczywiście :)

   Na początku jest seks… zawsze. Tak jesteśmy skonstruowani… W pierwszej kolejności rzucają się nam w oczy walory ciała i jego atrakcyjność seksualna. Rzucają się nam w oczy wręcz nachalnie biorąc pod uwagę wszechobecną goliznę i eksponowanie tychże walorów przez płeć przeciwną. Często dla samego jej eksponowania. Jakże często też akcentowanie trzeciorzędowymi cechami płciowymi jest jedynym walorem tychże przedstawicielek płci przeciwnej i jakże często mylone jest przez nie z seksualnością. Prawda jest zaś taka , że jaka przynęta taka i złowiona na nią ryba?

   Faceci są wzrokowcami. To nie ulega dyskusji. Okiem oceniamy potencjalną zdobycz  oraz jej , jakby tu powiedzieć… przydatność? I to w pierwszym rzędzie przydatność do “skonsumowania”. Siłą rzeczy koncentrując się i na tych najbardziej w oko nam wpadających i równie często na tych na pierwszy rzut oka będących najłatwiejszą zdobyczą. A, że oko potrafi nam plątać figle podobnie jak najmodniejsze linie “cyckonoszy” to już inna sprawa. :)

  

   Koncentrujemy się na ciele i na cielesności. W jak najbardziej egoistycznych i jednoznacznych zamiarach. Widząc to co nas w oczy kłuje i najchętniej nie wdając się w głębsze rozważania a tylko dążąc do zagłębienia się w “temat” w dosłownym tego słowa znaczeniu. Bez znaczenia czy nazwiemy zwierzęcym popędem odziedziczonym po przodkach czy instynktem myśliwego. Poznawanie ograniczamy do poznawania nawyków zwierzyny a nie samej zwierzyny. Zdobyć, zniewolić, posiąść i to najlepiej bez niepotrzebnego komplikowania sprawy.

  

 

  

   Problem pojawia się przy znajomościach internetowych gdy nie widzimy rozmówcy czy autora maili. Karmieni tylko słowem, poznając człowieka, nieskażeni jego cielesnością, zaczynamy w drugiej osobie dostrzegać hmm człowieka? Zamiast “gadających cycków” przed naszymi oczami staje kobieta? I to nie tyle nawet kobieta z krwi i kości co kobieta z naszych wyobrażeń a często nawet i z naszych marzeń? Pozbawieni wizualizacji, zdani tylko na słowo i naszą wyobraźnię dajemy się zwieść tejże wyobraźni? Dostrzegając w drugiej osobie jej “duszę” poddajemy się zafascynowaniu. Z tym, że bardzo często będzie to nie zafascynowanie tą osobą a tylko zafascynowanie naszym postrzeganiem tej osoby? Nasze jej postrzeganie, nasze jej wyobrażenie może zaś bardzo odbiegać od rzeczywistości. Tym bardziej może od niej odbiegać im bardziej jesteśmy “zdesperowani”. Najbezpieczniejsi są więc teoretycznie ci którzy nie szukają? Konfrontacja naszego wyobrażenia z rzeczywistością okazuje się często wręcz bolesna lub i traumatyczna.

   Nawet jeśli nie myliliśmy się w naszym wyobrażeniu to nasza reakcja… Cóż… Chęci to jedno a życie i tak tylko czyha aby nam spłatać figla? :)

   Jeden gest, jedno spojrzenie szeroko otwartych oczu, jedna łza sprawić może nagle, że z kata i oprawcy zechcemy się przeistoczyć w opiekuna a w naszej “suce”, w naszej kobiecie zaczniemy dostrzegać małą , bezbronną dziewczynkę. I ręka zadrży… razy spadające na jej tyłeczek już nie będą miały tej mocy i zamiast gwałcić zaczynamy woleć przytulanie? Niekoniecznie od razu musi w grę wchodzić miłość do naszej Uległej. Wystarczy taka męska potrzeba opieki nad hmm naszą kobietą? potrzeba opiekowania się naszą kobietą może być silniejsza nawet od chęci dominowania nad naszą kobietą.

 

 

   I mała bieda jeśli i naszej kobiecie również i to da spełnienie. Ale nie tyle zamiast co właśnie również. Im jednak jest ona silniejsza “z zasady” bądź z charakteru tym ryzyko, że wszystko popsujemy jest większe. Zwłaszcza w przypadku kobiet bardzo silnych. Nigdy nie należy zapominać, że tak na prawdę silna kobieta wcale nie potrzebuje do szczęścia faceta. Ona go tylko może pragnąć lub/i pożądać. Dla jego siły, męskości lub zdecydowania. Ale nie dla jego opieki nawet jeśli jej potrzebuje. Przecież się do tego nie przyzna bo jest na to za silna. Czar pryska w każdym bądź razie i jest pozamiatane? Za bardzo odbiegniemy od jej wyobrażenia naszej osoby. Nie tak nas przecież postrzegała, nie tego szukała i nie tego oczekiwała?

   Tak źle i tak nie dobrze… chyba jednak najbezpieczniej pozostawać przy postrzeganiu i braniu wszystkiego i wszystkich tylko seksualnie? :)

 

Słowa… słowa… słowa…

  

   W zalewającym nas zewsząd słowotoku co raz częściej zapominamy jaką siłę może mieć zwykle słowo… I jak może ranić.

   Frazes a jednak… słowo jest jak kamień. Raz rzucone… I nie mówię już nawet o tych rzuconych z premedytacją lub tych rzuconych w gniewie… nie mówię o kłamstwach, które rozpowszechniane za czyimiś plecami mogą żyć własnym życiem i pretendować do roli prawdy.

   Zapominamy, że to co nas bawi, to co dla nas może być niewinnym żartem, adresata może zaboleć uderzając w jakąś jego czułą strunę i nie jest to domeną tylko najbliższych nam osób choć oni potrafią uderzyć najboleśniej.

   Zapominamy, że słowa dla nas mogące być niewinnym flirtem mogą dla kogoś urosnąć do roli obietnicy. Świadomie albo i nie świadomie możemy rozbudzić czyjeś pragnienia i potrzeby, których nie będziemy mogli spełnić lub którym nie będziemy w stanie sprostać…

   Z drugiej zaś strony obietnice w stylu “że nigdy”, ” że zawsze”, będące w dzisiejszych czasach co raz częściej tylko pustymi frazesami mogą podziałać na kogoś jak przysłowiowa czerwona płachta na byka i także ranić odebrane jak łganie w żywe oczy…

   Równie bolesne mogą też być słowa nie wypowiedziane.  Nie musi tu nawet chodzić o jakieś zapewnienia… o obietnice… o jakieś “było mi cudownie Mała” czy “jak sobie przypomnę Malutka…” a o brak niby tak zwykłego i prozaicznego “chcę”. “Chcę z Tobą być”, “chcę spróbować…”, “tęsknie”… Nawet zapomniane przez nas “dzień dobry” może kogoś zaboleć.

   Czy to zarazem nie dziwne i żenujące , że im więcej mamy dostępnych środków do komunikowania się tym mamy co raz większe problemy z tym komunikowaniem się?

   Zaczynam smęcić. Kończę więc nim popadnę w nostalgiczną przesadę… :)